BLIŻEJ

SAVE_20221026_065155

BLIŻEJ

Kochani Przyjaciele Wspólnoty i Ci, którzy tu zaglądacie,

Nasza S. Estera jest bliska wydania pierwszej płyty ze swoimi kompozycjami, jest to muzyka fortepianowa. 

Na razie jesteśmy jeszcze w fazie realizacji i szukamy wsparcia na ten cel.  Przed nami jeszcze profesjonalna obróbka dźwięku i tłoczenie płyt.

 

Pomysł jest realizowany we współpracy z wieloma osobami: Nagrania źródłowe mogły powstać dzięki życzliwości Ks. Pawła Rąbcy, który użyczył nam swojego profesjonalnego sprzętu. Fundacja „Spotkajmy się pod Jerycho” pomogła nam nieodpłatnie w nakręceniu filmu, który możecie obejrzeć powyżej. Fundacja Barnaby i środowisko Galilei oraz Szkoły Biblijnej Archidiecezji Gdańskiej, będą płytę produkować i sprzedawać.

 

Wszystkim zaangażowanym osobom jesteśmy bardzo wdzięczne. Same nie mogłybyśmy tego zrobić.

Jeśli możecie, wesprzyjcie tę naszą produkcję na: zrzutka.pl 

 

Dochód ze sprzedaży płyty ma zostać przeznaczony w całości na dokończenie budowy III Etapu naszego klasztoru. Dziękujemy wszystkim, którzy ten projekt rozpropagują! Liczymy na Was!

Fenomen Karmelu

Fenomen Karmelu

Mistyka…Modlitwa…Tajemnica… Na pewno można by o wiele więcej słów-kluczy odnaleźć, aby choć odrobinę dotknąć tego, co kryje rzeczywistość Karmelu. Fakt klauzury sprawia przecież, że w co bardziej dociekliwych duszach rodzi się pytanie o to, co poza nią…

Powstanie

Historia zakonu, bo mowa o Zakonie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, sięga wypraw krzyżowych. Wtedy to grupa pielgrzymów postanowiła zrezygnować z walki zbrojnej na rzecz osiedlenia się na stałe w Ziemi Świętej, by -jako bracia Maryi – poświęcić się modlitwie. Pierwsi karmelici byli zatem pustelnikami, a dokładniej, jak można by to określić, wspólnotą pustelników żyjącą w skupieniu, rozważaniu Słowa, kontemplacji. Za duchowego ojca zakonzawsze uważał proroka Eliasza – ważną dla starożytnego Izraela postać, obdarzoną specyficznym powołaniem. Prorok miał wskazywać Jedynego, Tego, który jest prawdziwym Bogiem. Miał kierować uwagę ludu na Tego Który Jest. Bracia, postanawiając przyjąć dziedzictwo Eliasza, swoim radykalnym wyborem modlitwy wpisali się w wyznaczony przez niego kierunek. Odrzucili wszystko, by poświęcić swoje życie przebywaniu w Bożej obecności. Niestety ataki muzułmanów wymusiły na nich decyzję powrotu do Europy. Oczywiście ten krótki tekst nie rości sobie praw do prezentowania jakiejś wnikliwej analizy historycznej, czy choćby pełnego przedstawienia faktów. Niemniej ten nasz początek zawsze będzie dla nas, żyjących w Karmelu mocnym punktem odniesienia. Dlatego, choć u zarania zakonu nie ma sióstr, warto o nim pamiętać. A kiedy pojawiły się kobiety?

Siostry

Dołączyły do braci gdzieś w okolicy XV wieku. Najpierw były to skupiska pobożnych panien, które korzystały z kierownictwa i duchowości karmelitów. Stopniowo przekształciły się w zorganizowane wspólnoty. Siostry żyły razem chwaląc Boga modlitwą, która zawsze pozostawała w centrum. Klasztory rozrastały się, mniszki zachowywały regułę nadaną wprawdzie przez św. Alberta Jerozolimskiego jeszcze na górze Karmel, ale w jej złagodzonej przez papieża Eugeniusza IV wersji. I tak aż do początku XVI wieku, kiedy to w Hiszpanii, do klasztoru Wcielenia wstąpiła Teresa de Cepeda y Ahumada, późniejsza św. Teresa od Jezusa. Na przykładzie wspólnoty Karmelu Wcielenia można łatwo zrozumieć kierunek, w jakim rozwijała się gałąź żeńska. Sióstr było w nim około 200, część z nich – tych z bogatych domów – żyło sobie dostatnio. Do nich należała też św. Teresa. Inne, te z ubogich rodzin, traktowane były często jak służące. Nieraz przymierały głodem. Mniszki często udawały się do rozmównic, aby spotykać dobrodziejów zakonu, bawić ich pobożną rozmową… Gdzieś zagubił się ideał nakreślony przez eliaszowy radykalizm. Teresa naznaczona jednak była ciężkimi doświadczeniami choroby, lęku przed piekłem, pragnieniem oddania życia  … A przede wszystkim nieustannie odnawiającym się, wewnętrznym wezwaniem do modlitwy. I kiedy wierność skupieniu postawiła sobie za cel, sam Bóg przemienił jej serce tak, by stało się ono Jego mieszkaniem, Jego chwałą. Wzruszające jest wyznanie Teresy, która pragnie zrobić cokolwiek dla Jezusa, którego umiłowała i jako sposób realizacji wybiera wierność podjętym
zobowiązaniom. Chce być taka, by Bóg nie potrafił niczego jej odmówić… Zaczyna się więc Karmel, jaki istnieje do dziś – rodzi go osobista droga nawrócenia, świadomość własnej słabości, kobiecość, przyjaźń – a wszystko to na fundamencie, który może być tylko jeden. Jest nim Chrystus i Jego łaska. Oczywiście w tym samym czasie cały Kościół podejmuje wysiłek nawrócenia. Powstają nowe zakony, różne mniszki podejmują próby reformy własnych zgromadzeń – warto wspomnieć choćby panny benedyktynki w Polsce z matką Mortęską na czele… Do świadomości ogromnej rzeszy ludzi przedarła się chyba jednak głównie reforma Karmelu. Dlaczego? Być może jest to po prostu Boży plan. Zamysł Tego, który nie ma względu na osoby… Ale może też dlatego, że niezwykle płodne okazało się to dzieło. Wydało przecież owoc w postaci tak licznej rzeszy świętych, które na stałe zapisały się w pobożności wiernych. Ich przesłanie, rady, wskazówki i podpowiedzi sprawdzają się w prostym codziennym życiu. Co z tego przetrwało do dziś?

Karmel współcześnie

Dzisiaj wspólnoty karmelu bosego nadal podejmują wyzwanie modlitwy w duchu proroka Eliasza oddając się całkowicie wskazywaniu, że Bóg jest i że jest Bogiem z nami. Osobista relacja to hasło, które jak wspomniałam może być wyjaśnieniem tego, że choć klasztory sióstr przynależą do jednego zakonu, jednak różnią się od siebie. Bo całe wspólnoty – tak jak i pojedyncze mniszki – Jezus oczyszcza i uświęca, prowadząc każdą jej własną drogą i kształtując tak, aby mogła wypełnić swoje własne zadanie. Karmel Słowa Bożego i św. Aniołów jest najmłodszą
wspólnotą w Polsce, ciągle jeszcze dzieckiem nienarodzonym , które pragnie stać się godnym, by w pełni praw oddawać Bogu chwałę pośród innych klasztorów. Żyjemy na wsi, w przepięknej, ubogiej miejscowości o nazwie Sucha Huta, bo zresztą to właśnie specyfika miejsca najbardziej kształtuje i wyznacza charakter każdej wspólnoty. Słowo Boga wciela się… a wierzymy, że całe klasztory, jak i poszczególni wierni są właśnie Jego słowem posłanym do świata, by wzywać go do powrotu do Ojca. Bóg jest i jest Bogiem z nami… Pośród prostej i w swej prostocie przepięknej przyrody, wznoszą się więc pomału mury kolejnego przyczółku walki nie przeciw „krwi i ciału”, lecz przeciw „pierwiastkom zła na wyżynach duchowych”. Na co pragnie wskazać Karmel Słowa? Jak wierzymy Jezus uczy nas, że jest Panem rzeczywistości. Mądrym Ogrodnikiem, który cierpliwie czeka na wzrost swoich ziaren dając im to, czego do wzrostu potrzebują. Uczymy się cierpliwości, powierzenia się Jego miłosnej uwadze i działaniu, zaufania, że pragnie naszego istnienia, że ma dla nas swój plan. To dotyczy naszej wspólnoty, ale i każdej siostry. Każda z nas poddaje się Bogu w zaufaniu, że pragnie On dla nas pełni łaski i pełnej odpowiedzi na swoją miłość. A wszystko to w prostym, codziennym funkcjonowaniu. Jak zatem wygląda nasza codzienność?

Wcielenie

Karmelitański plan dnia to rzeczywistość kryjąca w sobie całą masę paradoksów. Z jednej strony, można by powiedzieć, „gwarantowana monotonia”… Wstajemy o 5.30, potem modlitwa myślna, brewiarz, msza święta… Śniadanie, praca,
modlitwa, obiad… Rekreacja, modlitwa, czytanie duchowe, praca… Brewiarz, modlitwa myślna, kolacja, rekreacja… Na koniec oczywiście modlitwa. I tak codziennie, tylko w niedziele i święta zamiast pracy czas wolny… Ale jest i druga strona – wewnętrzny proces wzrostu, który przez ten plan jest wspomagany. To tak, jakby zanurzyć się w płynącej wodzie, która delikatnym ruchem fal obmywa, wygładza… Taka mistyka codzienności. Choć nie brak w niej i prób wolności. Ma być modlitwa? Ale właśnie jest dzwonek i na furcie pojawia się ktoś, kogo trzeba wysłuchać… Ma być czytanie? Ale trzeba wspólnymi siłami opanować „klęskę obfitości” w postaci owoców do przerobienia, które właśnie – jak to siostry mówią- „przyszły”… Chciałoby się już iść spać, ale z powodu awarii prądu trzeba zadbać o zgromadzenie wody… No i nie brak zabawnych sytuacji – jak chociażby fakt, że kurier od tygodni nie przywozi zamówienia podając, że nikogo nie było w domu…I kiedy dobrze się przyjrzeć ucieka wrażenie monotonii, wypiera je przekonanie, że ciągle coś wyskakuje, że – jak to mówią – nie znasz dnia, ani godziny… Wszystko to jednak ma jeszcze swoiste „drugie dno”. Jest mianowicie obszarem, w którym dokonuje się wstawiennictwo. Bo przecież modlitwa to nie tylko coś intelektualnego. Składa się na nią cała rzeczywistość, w którą uczniowie i uczennice Chrystusa wprowadzają prawa Ewangelii. To właśnie sytuacje przeżywane w duchu naśladowania Jezusa – Jego uczuć, postaw – otrzymują zbawczą moc przemiany. A ofiarowanie ich Bogu w dziękczynieniu i uwielbieniu czyni z nich miejsce spotkania z Jego łaską. Oby rozlewała się ona na cały świat!

Oblubienice Baranka

To właśnie my! Zresztą każda dusza ludzka jest oblubienicą Jezusa. Warto o tym pamiętać, tego uczyła św. Teresa od Jezusa i na to również pragnie i dzisiaj wskazywać Karmel. Jezus jest naszym oblubieńcem! Każdą z nas przysposabia, kształtuje, obdarza indywidualnym wezwaniem, które kryje się w predykatach. Teresa od Jezusa, Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, Anna od św. Bartłomieja… Właśnie te wezwania wyznaczają tajemnicę naszego powołania. Są jakby nazwiskiem, drogą, szczególnym charyzmatem, misją. Są również wezwaniem do uważności dla tych, którzy spędzają życie po drugiej stronie kraty. Potrzeba bowiem wrażliwego obserwowania działania łaski w nas, by stopniowo przekonać się o tym, jak bardzo „jedynymi” jesteśmy dla Boga. I jak bardzo On sam pragnie być dla nas Jedynym… W szczególny zaś sposób to wezwanie może być drogie sercu kobiet. Czy któraś z Pań czytających te słowa nie pragnęła w życiu niepowtarzalności? Przekonania o swoim wyjątkowym znaczeniu i pięknie? A Bóg, który wlewa w nasze serca wszystkie tęsknoty, czyż nie miałby nam tego darować? Przecież to On jest Twórcą naszej kobiecej, wrażliwej natury! Może rzadko patrzymy na siebie w ten sposób nie rozumiejąc, że „dusza nasza jest jak twierdza, cała z diamentu albo przejrzystego kryształu” . A właśnie jako taką zobaczyła ją kiedyś, dzięki Bożej łasce św. Teresa. Jakże potrzeba dziś świadomości obdarowania, zrozumienia, że przemiana myślenia, inaczej mówiąc metanoia, czyli nawrócenie nie polega na odrzuceniu ludzkiej natury, lecz poddaniu jej działaniu łaski, aby można było osiągnąć jej pełnię. Podążamy przecież drogą, którą szedł nasz Mistrz, Jezus. A wiodła ona od przyjęcia ludzkiej natury poprzez wcielenie, przeszła przez wszystko włącznie z
drogą Krzyża, by ostatecznie dzięki zmartwychwstaniu dopełnić się we wniebowstąpieniu! Naszym przeznaczeniem jest więc zjednoczenie z Bogiem, czego znakiem na ziemi również powinien być Karmel. Ufamy, że jest…

relacje

Kolejnym, ważnym rysem współczesnego Karmelu żeńskiego jest wspólnotowość. Odkrywanie piękna własnej duszy uczy nas bowiem tej prawdy, że siostra stojąca obok mnie również jest przepięknym klejnotem w ręku Jezusa. Poddana podobnym procesom przemiany, staje się pomocą, lustrem, towarzyszką na drodze, którą Pan prowadzi mnie. Jest dana i zadana jednocześnie… Bo oczywiście w zgodzie z zaleceniem św. Teresy nie chcemy pomijać prawdy o słabości, niewystarczalności. Prawdy o tym, jak bardzo potrzebny jest drugi, którego widzę, by otwierać się realnie na Drugiego, którego jeszcze nie widzę… W swoim zamyśle – a wierzymy, że przed tym jeszcze był to zamysł Boży – św. Teresa chciała dla nas przyjaźni. Stąd odejście od dużej liczby sióstr, które wprawdzie żyją pod jednym dachem, ale niezbyt dobrze się znają – w stronę małej, bo liczącej najwyżej 21 sióstr, grupki. Wydaje się, że choć z jednej strony temat relacji i przyjaźni powinien być szczególnie pociągający – z drugiej jednak, w dzisiejszych czasach staje się potężnym wyzwaniem. Miłość bliźniego, która weryfikuje w myśl Teresy jakość modlitwy, jest wymagającą sztuką. Na szczęście nie jesteśmy na drodze sami bo… Bóg jest i jest Bogiem z nami!
Fenomen Karmelu
Na czym zatem polega fenomen Karmelu? Tajemnica, mistyka, modlitwa, osobista relacja… A może jest to po prostu Boży zamysł? Jedno jest pewne, fundamentem jest Chrystus i Jego łaska!

Bosość

Bosość

20210521_152656_Easy-Resize.com
20220727_141434_Easy-Resize.com

Nie ma oczywiście takiego rzeczownika jak  „bosość”. Urabiam go dla tego tekstu, bo jest mi niezbędny, żeby Cię nim zaczepić i nakreślić z grubsza, jaki cel będzie przyświecać artykułom zamieszczanym w tej zakładce naszej strony.

Zwykle chodzisz w butach, grubszych, cieńszych, ciepłych lub przewiewnych, ale zawsze twoja stopa ma jakąś ochronę, barierę, która ją osłania od ran i ogrzewa.

Kiedy zdejmiesz rano buty i zanurzysz stopę powolutku w mokrej trawie, poczujesz wiele rzadkich wrażeń. Może się zdarzyć, że będziesz chciał/a ją w pierwszym momencie cofnąć ze względu na nowość, a więc i nieprzewidzianą obcość doświadczenia. Krople rosy będą chłodne, może będzie ich wiele. Trawa w zależności od gęstości, wysokości i rodzaju będzie bardziej lub mniej miękka, ostra. Możesz pod nią poczuć mech, piasek, żyzną ziemię, kamyki; a może ukryło się tam szkło z rozbitej butelki? Możesz się zranić. Ile kroków odważysz się postawić? Jak daleko zajdziesz w tej podróży? Czy warto? Dlaczego to robić?

Bycie bosą to oczywiście metafora i tak było od początku w naszym Zakonie, odkiedy ten przymiotnik zaczął go określać. Pierwotnie też nie znaczył wprost, nieokreślał zupełnie bosych stóp moich Sióstr z XVI wieku; był przenośnym opisemwyboru ubóstwa. Trzewiki były drogie w tamtym czasie, Siostry chodziły w czymśw rodzaju własnoręcznie wyrabianych espadryli.

Pasuje mi ta nasza „bosość”. Pozostała nośnym symbolem. To ubóstwo, które ma w sobie bezbronność, wrażliwość, odwagę pełnego zanurzenia się w rzeczywistości, przejrzystość wobec niej. To jakości życia nieustanną modlitwą.

Jezus często posługuje się detalami pracy w ziemi, w ogrodzie, w winnicy. Bardzo to lubię. Używa ich jako symbolicznych opowieści o Królestwie Bożym.

 

Czyni tak na przykład, opowiadając o ziarnie posianym w ziemi, które niewiadomo kiedy rośnie, dojrzewa, wydaje plon; kiedy mówi o ziarnie gorczycynajmniejszym ze wszystkich, które wyrasta na schronienie dla wielu; kiedy mówi,że ziarno musi obumrzeć w ziemi, żeby wydać plon. Tę przypowieści możnainterpretować w kluczu uwagi otwartej na małe, niewidoczne procesy zmian,które cicho i stopniowo dojrzewają, bo przez nadzieję zakorzenione są w Bogu.Jezus uczy w ten sposób, że trzeba nam być bardzo wrażliwymi na otaczającą nasrzeczywistość. Ona cała jest Jego Słowem, opowiada o nas i o Nim.

Św. Teresa od Jezusa naśladuje tę Jego strategię opowieści, kiedy w Zamku wewnętrznym pisze:

Słyszałyście już zapewne, jak zadziwiającym Jego dziełem jest to, jak uzyskuje się jedwab, gdyż jedynie On mógłby wymyślić coś takiego. I jak z jednego jajeczka, o którym mówią, że jest jak malutkie ziarnko pieprzu (…) Gdy się ociepla i na drzewach morwowych zaczynają pojawiać się liście, to jajeczko zaczyna ożywać, gdyż pozostaje jak martwe aż do czasu, gdy pojawi się ten pokarm, którym te larwy się odżywiają. I dzięki tym liściom morwy rosną i rozwijają się, aż do czasu, gdy są już duże, i wówczas umieszcza się im kilka gałązek, a one na nich pyszczkami zaczynają wysnuwać z siebie jedwab i snują z niego małe kokoniki, bardzo ciasne, w których zamykają się. I tak kończy swój żywot ta larwa, która jest wielka i brzydka, a z tego samego kokonu wychodzi biały motylek, wielce urokliwy. (…) Niech to wam wystarczy – siostry – na chwilę medytacji, nawet jeśli nie powiem wam nic więcej, gdyż już dzięki temu możecie sobie zdać sprawę z zadziwiających dzieł i mądrości Boga. A zatem cóż to byłoby, gdybyśmy znały właściwości wszystkich rzeczy? Wielce pożytecznym jest dla nas zajmowanie się rozmyślaniem o tych wspaniałościach (…)

Widać w tej narracji, którą prowadzi w swoich książkach św. Teresa wrażliwość i trzeźwość. Umiejętność wnikliwej obserwacji w żywej wierze, w której jej serce tropi Pana w Jego działaniu. Rzeczywistość zaczyna wtedy symbolizować, przenosi poza siebie tak jak w tekście biblijnym. Bóg nie jest obecny tylko w świątyni. Bóg jest obecny zawsze, wewnątrz osoby i wszędzie, we wszystkim, co stworzył. Przekracza stworzenie, ale jakby prześwituje przez nie; ono Nim migoce, do Niego odsyła. Wszystko może być Jego słowem, jeśli Duch pomoże nam patrzeć subtelnie i z wiarą. Jestem przekonana, że z takiego wielokrotnie powtarzanego długiego patrzenia w ciszy, brała się kreatywna siła św. Teresy i pociągająca, pogodna śmiałość jej wiary, aktywnej w działaniu.

W pierwszym rozdziale wspomnianego już Zamku wewnętrznego pisze:

(…) podobnie jak strumyki wypływające z bardzo klarownego źródła są takie jak ono, tak jest i z duszą, która pozostaje w łasce. Stąd bowiem się to bierze, że jej dzieła są tak miłe w oczach Boga i ludzi, gdyż wypływają one z tego źródła życia, gdzie dusza pozostaje niby drzewo zakorzenione w nim.

Chodzenie boso to symbol prostoty istnienia człowieka, który ma odwagę zanurzać się w życiu; tym, które jest w nim i tym, które go przekracza w stworzonej rzeczywistości i dalej aż do jej źródła; a Życie jest tylko jedno.

Chciałabym, aby teksty, które będziemy zamieszczać w tym dziale przejawiały naszą „bosość”, mam zuchwałą nadzieję, że będą budzić ją i w Was. Wszyscy jesteśmy powołani do modlitwy, bo wszyscy jesteśmy wołani przez Miłość.

W ŚRODKU

W ŚRODKU

SŁOWO BOŻE I KARMEL SŁOWA

SŁOWO BOŻE I KARMEL SŁOWA

W GODZINIE KORONAWIRUSA

Kiedy piszę ten tekst krzywa pokazująca liczbę zachorowań na koronawirusa wciąż idzie ku górze i wiele osób siedzi zamkniętych w czterech ścianach. Niektórzy wiodą w tym dziwnym czasie, który się nam przydarza, żywot pustelników. Inni zaś żyją bardziej, jak my na co dzień, w rodzinnej klauzurze w domach, w których funkcje aprowizacyjne pełni któreś z rodziców. Pandemia sprawiła przymusowe podobieństwo zewnętrznej formy życia, prowokuje podobne zmagania i napięcia. Zbliża nas do Was, usuwając powierzchowne różnice. To dogodny, choć trudny moment do napisania tego krótkiego tekstu o tym, co Karmel Słowa Bożego chce powiedzieć Wam o tym Słowie. Kiedy bardzo ograniczony jest dostęp do Eucharystii i wierzący czują wyraźnie głód Ciała i Krwi Pańskiej, to Słowo Boże może stać się uprzywilejowanym, bo dostępnym zawsze miejscem spotkania z Bogiem.

Słowo Boże, to z Biblii, dociera najczęściej we wspólnocie Kościoła poprzez czytania liturgiczne z dnia, w ten sposób wypełniając sobą nasze dni, karmiąc modlitwę, krążąc w naszej świadomości na podobieństwo krwi krążącej w naszym ciele.


Ale to samo Słowo – jak pisze o tym św. Jan Ewangelista w Prologu do swojej Ewangelii – jest odwiecznym Logosem, Słowem Boga, przez które wszystko się stało i w którym wszystko istnieje, czyli – można napisać – w którym wszystko staje się tu i teraz. Ten Logos chciał stać się ciałem, człowiekiem. Wkroczył w ludzkie ciało i ludzką historię. Wkracza także w moją historię!


Rzeczywistość Słowa Bożego łamie, przekracza, potoczne kategorie naszego myślenia. Słowo to Bóg, Słowo to Człowiek – Jezus Chrystus, w Słowie-Bogu wszystko istnieje, nic nie wydarza się poza Nim i jednocześnie Słowo zechciało dać się poznać w tekście Biblii, najpierw Starego potem Nowego Testamentu. To Ono daje się spożywać jako materia chleba i wina! Mówi o sobie, że jest naszą Drogą, Prawdą i Życiem. Słowo jest wszędzie! Przez wszystko się przejawia, we wszystkim mówi… Zamieszkuje moje tu i teraz, wewnątrz mnie samej i wypełniając Sobą wszystko poza mną, choć jednocześnie przekracza to wszystko.


Co my, karmelitanki bose, żyjące zamknięte za kratkami dla dobra reszty społeczeństwa – jak lubię mówić o nas, trochę żartując, a trochę mówiąc poważnie – chciałybyśmy powiedzieć o Słowie Bożym Wam wszystkim?


Przede wszystkim, że warto Go słuchać. Słuchać w tekście biblijnym, może traktować czytania przeznaczone na dany dzień, jak chleb, który podaje nam na dziś Kościół. Nie na darmo Sobór mówi o „stole Słowa Bożego”. Małe, codzienne Słowo Boga do mnie jak porcja chleba na ten konkretny dzień.


Słucha się go medytując Słowo w Jego osobowej obecności. I bardziej chodzi tu o bycie przed Nim, niż o myślenie o Nim. Bardziej o kołysanie w sobie Jego treści, niż o analizowanie jej. Przypomina mi się w tym miejscu fragment z Listu do Hebrajczyków: Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek. (Hbr 4,12-13)


Pozwolić Bogu patrzeć na siebie. Pozwolić Słowu, aby przenikało moje serce, moje wybory, moją rzeczywistość. Pozwolić Mu, aby mnie oglądał w mojej „nagości”, bezbronności, bez masek, dokładnie taką, jaką jestem. On mnie taką widzi. Kiedy ja mu na to pozwalam, wyznaję wiarę, że On kocha mnie taką, jaką jestem, że kocha bezwarunkowo. Wyznaję wtedy wiarę, że widzi mnie we wszystkim, co robię, we wszystkich wydarzeniach, w których uczestniczę. To może nie być łatwe, bo na pierwszy plan wysuwa się zawsze to, co mnie od Niego oddziela. I zdaje się zakłócać spotkanie. A może i otwiera się niespodziewanie mój lęk, że zostanę odrzucona? Przecież w tekście z Listu do Hebrajczyków mowa jest o sądzie! Może mam ochotę uciekać przed Jego spojrzeniem?


Czy jednak właśnie w tym miejscu nie potrzebuję Jego spojrzenia najbardziej? Czy nie potrzebuję, aby Słowo mnie obmyło, aby mnie tam spotkało i przyjęło? Warto wejść razem z Nim w te przestrzenie we mnie, aby doświadczać Jego miłosiernej miłości, a jednocześnie urealniać obraz samego siebie; nade wszystko zaś, aby smakować pokoju, który koi serce w tej Jego akceptującej, przebaczającej miłości. Jestem przekonana, że taki jest ten Jego sąd… Jest to sąd bezwarunkowej miłości. Niestety mamy jednak w sobie zdolność, żeby ją odrzucić, zwłaszcza kiedy nie godzimy się uznawać siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy.


Chciałybyśmy więc każdemu i każdej z Was powiedzieć, że chcemy być blisko. Chciałybyśmy zaświadczyć, że jesteście mieszkaniem Słowa. Jesteśmy wszyscy tajemniczo połączeni w Jezusie, jesteśmy razem Jego Ciałem.


Wybierając klauzurę, chronimy bardziej naszą zdolność do trwania przy żywym Słowie w opisany wcześniej sposób niż oddzielenie. Zdaje się, że izolacja związana z koronawirusem może się okazać pomocna dla zrozumienia naszego wyboru. Otrzymujemy bowiem wiele sygnałów, że przymusowa redukcja części życiowego pędu i zaabsorbowania oraz utrata kontroli, sprzyjają bardzo modlitwie i – paradoksalnie – spotkaniu z bliskimi i ze sobą, dostrzeżeniu, co naprawdę się liczy. Boć modlitwa to też w końcu nic innego jak spotkanie…


Tekst powstał dla franciszkańskiego kwartalnika „Wypłyń na głębię”

ŚWIADECTWO O SŁOWIE BOŻYM

ŚWIADECTWO O SŁOWIE BOŻYM

Wprawdzie nasza religia nie jest religią księgi, ale jednak trudno przecenić wagę Bożego Słowa w życiu chrześcijanina. Stąd nie dziwi pragnienie zgłębiania go, uczenia się różnych sposobów czytania, pragnienie czytania Słowa w językach oryginalnych, które towarzyszyło wielu miłośnikom Boga i świętym na przestrzeni wieków. Także dziś wypełnia ono serca wszystkich wierzących. Ja chciałabym podzielić się moim doświadczeniem wędrowania w rytmie Słowa, ufając że być może okaże się ono dla kogoś pomocne na drodze wiary. Będzie to doświadczenie ubogie, „bose” – jak na karmelitankę bosą przystało.

 

 

Moja przygoda z Biblią zaczęła się w szkole średniej, ale miała swoje „preludium” kilka lat wcześniej. Jedna z koleżanek podzieliła się kiedyś ze mną, że przeczytała „wspaniałą”, jak ją określiła, książkę. Zainteresowana poprosiłam o pożyczenie. Niestety okazało się, że czytała horror. Byłam wtedy na tyle niemądra, że wzięłam go do domu i przeczytałam w całości. Zaowocowało to nie tylko strachem, ale również poczuciem ogromnego cierpienia i rozpaczy. Przerażona poprosiłam wówczas o pomoc anioła stróża i on – jak wierzę – zaingerował tak, że mogłam spokojnie zasnąć i zostać uwolniona od wszystkich, trudnych przeżyć. Dzięki temu doświadczeniu zrozumiałam, że wprawdzie każda książka pisana jest przez człowieka, ale są ludzie, którzy pozwalają większym od siebie siłom działać poprzez siebie i nie jest to bez wpływu na tych, którzy ich dzieła później czytają. Uświadomiłam sobie, że kiedy biorę do ręki jakiś tekst, daję do siebie przystęp bądź myśli ludzkiej, bądź złośliwości złego ducha, bądź… dobroci i miłości Ducha Bożego.

 

 

Do przeczytania Biblii zachęciła mnie moja katechetka. Kiedyś pożaliła się nam na lekcji, że my, katolicy bardzo rzadko otwieramy księgi Pisma Świętego, podczas, gdy inne odłamy chrześcijaństwa, czy nawet wyznawcy innych religii, mają zdecydowanie więcej miłości i uważności na Słowo Boga. Powiedziała nam, że bez wahania potrafimy czytać grube tomy dlatego, że zostały one uznane za dziedzictwo kultury, a do Biblii nie zaglądamy nieraz przez całe życie.

 

 

Postanowiłam wtedy, że ze mną tak nie będzie. Poprosiłam rodziców o własny egzemplarz Słowa i… odstawiłam je na półkę. Chciałam je przeczytać bez narzucania sobie systematyczności. Zrobiłam tylko jedno założenie – że przeczytam je od początku do końca niczego nie pomijając.

 

 

Po około roku Słowo zawołało. Przypomniało mi się, że je mam i że obiecałam sobie je przeczytać. I przypomniało mi się również, że biorę do ręki Księgę pisaną pod natchnieniem Ducha Świętego, a otwierając ją daję do siebie przystęp właśnie temu Duchowi. Zrodziła się więc w moim sercu modlitwa, pragnienie, aby to Duch Święty czytał mnie przez Biblię. Aby działał tak jak chce, z całą swobodą. I wyruszyłam w drogę Słowa.

 

Czytanie szło opornie. Były fragmenty, przy których zasypiałam, inne mnie denerwowały. Były takie, które śmieszyły i takie, które wydawały się dziwne i nielogiczne. Nie byłam też w stanie czytać zbyt długo na raz. W pewnym czasie czytałam Słowo po kilka razy dziennie. Ale zdarzył się i rok, w którym ani razu nie otworzyłam Biblii. Stąd pierwszy raz w całości przeczytałam ją po około siedmiu latach. Ciągle z tą samą modlitwą, aby to Bóg czytał mnie.

 

Kiedy doszłam do końca, moje serce zapragnęło powtórzyć to doświadczenie – Słowo wołało dalej.

 

Czytając zauważyłam, że doskonale pamiętam swoje reakcje na poszczególne fragmenty. Ale zauważyłam również, że reaguję już na nie inaczej. O wiele szybciej też dotarłam do końca. Dopiero jednak czytając za trzecim razem uświadomiłam sobie, jaką drogą byłam prowadzona. Były fragmenty, które nagle zrozumiałam. Mogłam naocznie niejako przekonać się, że pierwsze reakcje związane były z tym, jak bardzo moje serce i jego myśli odbiegały od Bożego spojrzenia na rzeczywistość. Stąd brało się znużenie, zasypianie, zdenerwowanie, ocenianie jakichś części jako niepotrzebnych czy wręcz nielogicznych. Zrozumiałam również, dlaczego trudno jest tak po prostu przeczytać Biblię. Czytanie jej to spotkanie, a nie lektura. To spotkanie z Kimś, kto jest jednak zupełnie inny niż my sami. Z Kimś, kto myśli inaczej, ma inne priorytety, mówi innym językiem, i naprawdę w całości przekracza nas w sposób niewyobrażalny. I choć jest On równocześnie maksymalnie uniżony i otwarty na bycie z nami, to jednak my potrzebujemy czasu i cierpliwości, aby nawiązanie choćby nici porozumienia było możliwe.

 

Chciałabym podzielić się moim świadectwem zwłaszcza z tymi, którzy może nie mają umiejętności szukania znaczeń słów, nie potrafią badać języków oryginalnych… Z tymi, którzy może czują się znużeni zaglądaniem do Bożego Słowa, bądź znudzeni, czy zniechęceni… Warto wytrwać! Jeśli z jakichś przyczyn ciągle na nowo podejmuje się wysiłek otwierania Biblii, może być to bardziej działanie Pana Boga niż nasze własne, bo to On pierwszy nas umiłował i to On przede wszystkim chce spotykać się z nami w Swoim Słowie. Wystarczy po prostu czytać i dać się Mu poprowadzić!

 

Tekst powstał dla franciszkańskiego kwartalnika „Wypłyń na głębię”

EGZAMIN DOJRZAŁOŚCI

EGZAMIN DOJRZAŁOŚCI

Człowiek nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego (Gaudium et spes, 24). Ale jeśli nawet udział poszczególnej osoby we wspólnocie, nie zasługuje na to, żeby powiedzieć o niej „umie żyć dla drugich” – nawet wówczas jest prawdą, że ta osoba jest w tej wspólnocie i dla tej wspólnoty ważna ze względu na to, że jest – i kim jest. Chociaż wówczas ujawnia się to przede wszystkim poprzez cierpienie (por. A. Froissard, Rozmowy z Janem Pawłem II).

Kiedy stajemy wobec osoby trudnej, inaczej myślącej zdajemy egzamin duchowej dojrzałości. Nie jest to egzamin łatwy. Różnica zdań, inny sposób myślenia, może czasem i upór drugiej strony wyprowadza nas z równowagi. Doświadczamy pokusy wycofania się i zamknięcia na dialog, bądź zaatakowania. Jednak unikanie dialogu, niepodejmowanie wysiłku w dialogu zubaża nas – rozwijamy się słabo, tracimy smak życia. We wszystkich bowiem trudnych sytuacjach, w których doświadczamy różnicy zdań, czyli jakiejś „próby” dialogu – chodzi nie tylko o zdanie egzaminu z wiedzy, inteligencji, spostrzegawczości – chodzi równocześnie o egzamin z miłości do człowieka.

Różnica zdań, odmienność przekonań nigdy nie zwalnia nas z egzaminu z miłości do człowieka. Kiedy napotykamy różnicę zdań, inny sposób myślenia powinno nas to mobilizować do lepszego przedstawienia swojego zdania, do pogłębienia wiedzy, aby w sposób prostszy i bardziej zrozumiały dla odbiorcy wyrazić siebie. Jeśli uda się nam w taki sposób popatrzyć na trudny dialog odkrywamy, że on rzeczywiście służy pogłębieniu, mobilizuje, ugruntowuje w nas dojrzałość przekonań i motywacji, i dla nas samych jest darem. Jeżeli natomiast wchodzimy w postawę zamknięcia lub agresji niestety pozbawiamy się tego dobra. Stąd może się w nas rodzić przygnębienie, zniechęcenie, utrata smaku życia. W godności osoby jest głęboko zakorzenione pragnienie zdawania – a nie oblewania – egzaminu z miłości do człowieka, bo to MIŁOŚĆ OŻYWIA OSOBĘ! W dialogu możemy nie zdać egzaminu z wiedzy, inteligencji, sprytu, ale zdać egzamin z miłości – i to napełnia pocieszeniem. Możemy też zdać egzamin z wiedzy, inteligencji, sprytu, ale nie zdać egzaminu z miłości – i to daje do myślenia.

Powodowani pragnieniem dialogu, ożywionego jedynie umiłowaniem prawdy (…) nie wykluczamy z niego nikogo, ani tych, którzy rozwijając wspaniałe przymioty umysłu ludzkiego, nie uznają jeszcze jego Twórcy, ani tych, którzy przeciwstawiają się Kościołowi i prześladują go w różny sposób. Ponieważ Bóg Ojciec jest początkiem i celem wszystkich ludzi, wszyscy jesteśmy powołani, aby być braćmi. I dlatego na podstawie tego samego powołania ludzkiego i Bożego możemy i powinniśmy bez gwałtu, bez podstępu, w prawdziwym pokoju współpracować ze sobą nad budową świata (Gaudium et spes, 92; podkrl. własne).