WOŁANIE PASTERZA

WOŁANIE PASTERZA

Własne owce woła po imieniu

foneo  – brzmieć, wydawać dźwięk, wołać,

nazywać, wzywać, zapraszać

Image by Freepik

Głos odsłania wnętrze, pozwala brzmieć duszy, w nim słyszymy uczucia, nastawienie i możemy odczytać poziom relacji z osobą, która do nas mówi. Imię, które ktoś wypowiada, przywołuje osobę i określa więź między nimi. Gdy słyszymy własne imię, odruchowo szukamy tego, kto mówi.

Metafora pasterza i owiec opowiada o relacji z Bogiem, jaką daje wiara.

Jezus każdą ze swoich owiec nazywa i to imię określa jej wyjątkowość, niepowtarzalność. Wołana po imieniu, rozpoznaje Pasterza i również odnosi się do niego osobiście, tak, że ich relacja jest niepowtarzalna. Taka wzajemność, utrwalana i pogłębiana, daje poczucie bezpieczeństwa, jest przymierzem, jest domem – owczarnią.

Jezus jest odniesieniem dla każdej owcy i dlatego przy Nim gromadzą się i są razem. Jezus chce aby były razem, karmiły się razem, wędrowały razem. Kluczowa jest obecność Pasterza – On przez swój głos przywiązuje do siebie, pozwala się rozpoznać, prowadzi ku życiu w całej jego obfitości –daje je owcom aż do zbytku (perisson, J10, 10).

Owczarnia Jezusa to przestrzeń ogromnej wolności, swobody. Jezus nigdy nie zamyka nas w jakichś zasadach, normach, ale swoim głosem oddziałuje na wnętrze i to daje poczucie wolności. Brama, drzwi, są w owczarni bardzo ważne, aby wchodzić do wnętrza, a potem wychodzić, dać się prowadzić, karmić przez wszystko. Jezus jest blisko nas wewnątrz, w intymności owczarni, a także na zewnątrz, gdy towarzyszy nam w życiowych próbach, doświadczeniach, w jakie jesteśmy wrzuceni, abyśmy poprzez nie mogli wzrastać. Zawoła nas, gdybyśmy tę relację zagubili – po tym właśnie rozpoznamy Go. Tak zawołał przy pustym grobie Marię Magdalenę – rozpoznała Go, gdy wypowiedział jej imię.

Można powiedzieć, że właśnie tak wypełnia się obietnica o nowym przymierzu i o prawie wypisanym w sercu – ono będzie wyryte przez głos, przyjęte jako Słowo wypowiedziane do osoby, które brzmi w niej wciąż.

Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercach. Będę im Bogiem, oni zaś będą mi ludem. I nie będą się musieli wzajemnie pouczać, mówiąc jeden do drugiego: poznajcie Pana! Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie…

BOŻE NARODZENIE

BOŻE NARODZENIE

Drodzy nasi Przyjaciele!

Kiedy piszemy te słowa, ponownie witając się z Wami, za oknem rozciąga się niesamowity widok. Biały szron, który otulił wszystko odsłonił nagle piękno w pustym, jesiennym krajobrazie. Każda, najcieńsza nawet gałązka, każdy drucik czy patyczek zyskał nową, białą szatę. Trudno nie widzieć w tym obrazu łaski, która ubogaca nasze biedne, ogołocone dusze czyniąc je kunsztownym arcydziełem…. A to jeszcze nie śnieg. To dopiero jego zapowiedź! Na pograniczu Adwentu, kiedy wychylamy się myślą nie tylko w stronę nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, lecz – zwłaszcza w jego początku – i powtórnego przyjścia Pana, dobrze uświadomić sobie, że „jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”! Ten wspaniały widok, który za oknem, ma jednak swoją „ciemną stronę” – jest nią zimno… Być może taki właśnie, trudno-piękny moment zaistniał w Betlejem, gdy rodził się Chrystus. Czasem odnotowujemy ze zdziwieniem ile paradoksów jest w naszej wierze. Ale tak naprawdę jest ich pełno wszędzie. I kiedy czekamy na kolejne przyjście Chrystusa, który przecież ciągle jest z nami, wspominając jednocześnie Jego narodziny sprzed ponad dwóch tysięcy lat rozumiemy może lepiej, że ciągle wydarza się ta sama historia. Że Bóg rodzi się, przychodzi, jednocześnie w pięknie i w trudzie zapraszając nasze wąskie serca, aby się poszerzyły, otworzyły i nabrały ufności. Bo Bóg to Emanuel. Widzi nas, zna i wie, kiedy nadejdzie pełnia czasów, aby przyjść po raz ostatni!

Piękno-trudne paradoksy nie tylko w obszarze pogody, towarzyszyły nam cały rok. Jak pamiętacie, staramy się o uzyskanie zatwierdzenia naszej autonomii. W styczniu siostry ze wspólnoty macierzystej wysłały nasze dokumenty do Dykasterii. Przeszły już one wszystkie wymagane progi i… utknęły. Nadal czekamy na ostatni podpis. I tak to, co było naszą radością – zakończony proces tworzenia nowej placówki – zostało rozciągnięte w czasie, wystawiając naszą ufność na próbę. Natomiast skład wspólnoty powiększył się o dwie siostry. Proces rozeznawania w obu przypadkach zakończył się prośbą o dołączenie ich do wspólnoty. Prosimy Was o modlitwę, aby także tak długo oczekiwany proces uzyskiwania autonomii mógł w końcu się dopełnić!

Z tematów materialnych w grudniu ubiegłego roku rozpoczęłyśmy remont środka domu. Być może wiecie, że nasz klasztor powstaje etapami. Pierwszy obejmował budynki z celami, jednak pierwotnie miał być domem dla gości. Niestety z powodu komplikacji finansowych trzeba było zmodyfikować projekt i zastosować metodę dobudowywania kolejnych części do już istniejących. I tak po pierwszym etapie powstała kaplica z zakonnymi chórem i przedchórzem. Całkiem niedawno natomiast część z refektarzem, kuchnią i pomieszczeniami gospodarczymi. Wszystkie trzy etapy „spotkały” się w środku, który w związku z tym nie wyglądał zbyt ciekawie. A biorąc pod uwagę, że wcześniej znajdowały się tam kotłownia z piecem na drewno i składem opału oraz garaż – trzeba było pomyśleć o jakimś wykończeniu tego kawałka domu. Postanowiłyśmy rozpocząć remont, ale chciałyśmy przeprowadzać go podobnie, jak budowę całości. Praca miała iść stopniowo i w miarę możliwości. I właśnie dobiega końca. Powstała część komunikacyjna z porządnym przejściem do chóru zakonnego i refektarza. Urządziłyśmy również celę z łazienką dla chorej lub starszej siostry (część infirmeryjna – czyli przeznaczona dla chorych lub starszych sióstr właśnie – zaplanowana jest w czwartym etapie, który jednak poczeka na swoją budowę aż zapełni się siostrami to, co jest zbudowane do teraz). Natomiast w byłej kotłowni umieściłyśmy magazyn. Pozostał jeszcze montaż drzwi i dokończenie wyposażania łazienki. Czasem coś w życiu wydaje się nam ogromnym wyzwaniem, tak dużym, że nie wiadomo, jak się za niego zabrać. Dla nas czymś takim był właśnie ten remont. Wydawał się czymś nieosiągalnym. Obrałyśmy więc metodę małych kroków i – choć kosztowała rok prac – okazała się niezwykle skuteczna. Oczywiście byłaby ona niemożliwa do przeprowadzenia, gdyby nie nasi pracownicy – dwóch wspaniałych fachowców, panów Krzysztofów, którzy dzielnie rozwiązywali różne pojawiające się problemy i pokonywali przeszkody.

Dzięki zaoszczędzonym w remoncie środkom, które z kolei zawdzięczamy Wam, mogłyśmy uzupełnić prace na zewnątrz domu. Dokończyłyśmy opaskę, poprawiłyśmy drogę do placu przeciwpożarowego, zbudowałyśmy wiatę na samochód, w której udało się również schować kontener stojący do tej pory przy domu – niezwykle pożyteczny, ale i niezwykle szpecący krajobraz – i zbudowałyśmy drogę dojazdową do tej wiaty. To druga wielka sprawa, o której myślałyśmy, że będzie możliwa do przeprowadzenia jedynie w jakiejś dalekiej przyszłości. Tymczasem sprawna praca panów z ekipy p. Aleksandra oraz panów Łukasza i Daniela, którzy specjalizują się w wykonywaniu wiat, uczyniła niemożliwe dokonanym!

Kolejną kwestią jest zagospodarowanie terenu i uczynienie go pięknym ogrodem. Przy dziewięciu hektarach to prawdziwe wyzwanie i tu metoda małych kroków jest jedyną możliwością. O skarpie i grządkach przy kaplicy pisałyśmy w zeszłym roku. Cały sezon przy pracach związanych z utrzymaniem zasadzonych do tej pory roślin oraz dbaniem o trawniki zaangażowana była p. Małgosia. Dzięki jej pomocy nasze rośliny stają się coraz piękniejsze, a wykończone fragmenty ogrodu przy domu i kaplicy rozwijają się i rozkwitają. W tym roku udało się też uporządkować wewnętrzny dziedziniec, na którym niegdyś stał metalowy garaż. Teraz miejsce to ma szansę zamienić się w prawdziwy klasztorny ogród. Projekt roślinny właśnie powstaje dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej z nami p. Miłki. A my na razie radujemy się  – jak mówi jedna z sióstr – „ogrodami watykańskimi in spe”. Obok nowych nasadzeń czeka nas jeszcze budowa szklarni. Teren jest już wyznaczony, kolejnym krokiem będą prace hydrauliczne i zakup oraz instalacja szklarni. Mamy nadzieję, że uda się to wykonać na wiosnę, tak aby już w następnym sezonie można było z niej skorzystać.

Kolejną kwestią jest zagospodarowanie terenu i uczynienie go pięknym ogrode

A skoro o różnych nadziejach mowa, czeka nas również rozeznanie dwóch ważnych i dużych inwestycji. Według wskazań naszej św. Matki Teresy od Jezusa, w ogrodzie klasztornym powinno znajdować się miejsce, które będzie służyło siostrom na czas większej samotności, jakim są rekolekcje i dni skupienia. Terenu nam nie brakuje, potrzeba pustelni we wspólnocie jest spora. Drugą, poważniejszą sprawą jest porządny dom dla gości. Jak pisałyśmy wyżej to od niego rozpoczęła się budowa suchohuckiego kompleksu klasztornego. Niestety plany musiały zostać zmienione. Do tej pory przyjmowałyśmy gości w kontenerach, w których siostry mieszkały na samym początku tworzenia fundacji. Jednak i one się zużywają, poza tym – choć wszystko, co potrzebne można w nich znaleźć – to jednak nie wszyscy są w stanie zaryzykować i przyjechać do nas w odwiedziny, wiedząc, że nocleg będzie w kontenerach. Także decyzja o odprawieniu w nich swoich rekolekcji nie jest prosta dla niektórych. Dodatkowo problemem jest fakt, że nie ma wydzielonej części dla rekolektantów. A to oznacza, że nie możemy przyjmować jednocześnie naszych rodzin oraz osób pragnących wyciszenia i modlitwy. Oczywiście w tym momencie nie posiadamy potrzebnych funduszy choćby na rozpoczęcie któregoś z tych planów. Ale jest to wspaniały czas na rozpoczęcie pracy koncepcyjnej i modlitewnej, aby – jeśli pojawią się fundusze – można było po prostu zabrać się do pracy. Więc modlimy się, czekamy, myślimy… I was o tę modlitwę prosimy, aby udało się dobrze rozeznać kolejność i sposób realizacji tych planów.

m. Przy dziewięciu hektarach to prawdziwe wyzwanie i tu metoda małych kroków jest jedyną możliwością. O skarpie i grządkach przy kaplicy pisałyśmy w zeszłym roku. Cały sezon przy pracach związanych z utrzymaniem zasadzonych do tej pory roślin oraz dbaniem o trawniki zaangażowana była p. Małgosia. Dzięki jej pomocy nasze rośliny stają się coraz piękniejsze, a wykończone fragmenty ogrodu przy domu i kaplicy rozwijają się i rozkwitają. W tym roku udało się też uporządkować wewnętrzny dziedziniec, na którym niegdyś stał metalowy garaż. Teraz miejsce to ma szansę zamienić się w prawdziwy klasztorny ogród. Projekt roślinny właśnie powstaje dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej z nami p. Miłki. A my na razie radujemy się  – jak mówi jedna z sióstr – „ogrodami watykańskimi in spe”. Obok nowych nasadzeń czeka nas jeszcze budowa szklarni. Teren jest już wyznaczony, kolejnym krokiem będą prace hydrauliczne i zakup oraz instalacja szklarni. Mamy nadzieję, że uda się to wykonać na wiosnę, tak aby już w następnym sezonie można było z niej skorzystać.

We wspólnocie trwa natomiast szkolenie różnych umiejętności sióstr. Obok ikonopisarek, które rozwijają swoje zdolności i talenty w różnych szkołach i kursach, nie zaniedbujemy i wcześniej podejmowanych działalności: wylewamy świece, pleciemy różańce, pieczemy ciasteczka, robimy herbatki ziołowe… W tym roku postanowiłyśmy się też otworzyć na eksperyment z powiększeniem naszej zagrody „zwierzęcej” – przybyło nam do opieki około… 16 tys. Bożych, pożytecznych stworzeń… Chodzi mianowicie o pszczoły. Dwie z sióstr przyuczają się do zajmowania się ulami. Na razie to eksperyment, bo musimy dobrze rozeznać, czy prowadzenie pasieki jest na naszą miarę, czy nie będzie utrudniać nam głównego zajęcia, do którego jesteśmy powołane, czyli modlitwy. Dotychczasowe doświadczenie pokazało bowiem, że żywe stworzenia, choćby były to malutkie owady, mają swoje wymagania, których zaspokajanie nie zawsze da się pogodzić  z obowiązkiem nadrzędnym, z celem, dla którego Pan nas tu zgromadził. Czy pszczółki pozostaną – o tym zadecydujemy w okolicach wiosny, a zatem pewnie dopiero za rok będziemy mogły napisać coś więcej na ten temat.

Mały Jezus leżący w żłóbku przychodzi z całą masą paradoksów. Ale końcem Jego misji jest zwycięstwo. I nie można o tym zapominać, choćby żadne plany już się nie pojawiały, choćby te, które miały się zrealizować nie udały się z niewiadomych powodów, albo utknęły gdzieś przytrzymane niewidocznymi przeciwnościami… Końcem naszym jest spotkanie z Tym, który przychodzi, z Tym, który jest! Amen. Przyjdź Panie Jezu!

 

WASZE SIOSTRY:)

WIDZIEĆ WIĘCEJ

WIDZIEĆ WIĘCEJ

Aby stały się widoczne dzieła Boga w nim...

 

faneroo  – uczynić jawnym, widzialnym bądź znanym

 to, co było zakryte bądź nieznane,

ukazać się, pojawić się,

być wyraźnie rozpoznanym,

całkowicie zrozumianym

Image by Freepik

Niewidomy człowiek jest widziany przez Jezusa, ale sam nie może Go zobaczyć. Dla niego wszystko jest zakryte, zasłonięte, nieprzeniknione jak noc. Ten ślepy człowiek jest pewnym obrazem naszej kondycji – ślepoty duchowej, gdy nie dostrzegamy dobrego oblicza Boga, a w sobie samych nie widzimy Jego wielkich dzieł.

Naturalne widzenie to nie prosty ogląd, ale odczytanie sensu, spotkanie z rzeczywistością, która dotyka i zmienia. Nie mamy takiej zdolności wraz z urodzeniem, ale uczymy się, żyjąc z innymi, którzy nas kształtują swoim sposobem myślenia, rozumienia, przyjmowania dobra, reagowania na zło. Najpierw patrzymy niejako ich oczami, i taki jawi się nam świat. Przekazują nam również swój obraz Boga, swoją wiarę bądź niewiarę w Niego, relację z Nim, która może być jak światło we wnętrzu osoby albo jak nieprzenikniona noc.

Jezus przyszedł na świat, aby każdy mógł otrzymać od Niego światło prawdy, że Bóg jest Ojcem, a życie przepełnione sensem. Jesteśmy obdarowani miłością, ale nie zawsze to widzimy. Może nas zaskakiwać, że Bóg czasem rani aby uleczyć, posługuje się doświadczeniami, cierpieniem, aby poprowadzić nas w głąb miłości. One są jak nałożenie błota na oczy ślepca – tylko dzięki temu ten człowiek wyruszył w drogę, oparty na Słowie Jezusa: Idź! To była jego decyzja, wyruszył nie widząc, pozwolił, by Słowo działało na jego korzyść i poprowadziło go do uzdrowienia.

Bóg kocha naszą wolność i to, że możemy Go wybrać, wierząc, że chce nam dać coś więcej, poprowadzić nas dalej. W naszym życiu przeplatają się dni i noce, światło i ciemność, łaska i grzech, pozory i prawda, iluzja i rzeczywistość, ukrycie i objawienie. Poruszamy się między tymi rzeczywistościami, a twórcze napięcie wprawia nas w ruch. Bóg oświeca nas stopniowo, a jeśli będziemy trwać przy Nim, nawet jeśli konsekwencje okażą się bolesne, właśnie wtedy zobaczymy w sobie owoce Jego łaski, zobaczymy w naszym życiu Jezusa i Ojca.

Św. Paweł doświadczał tego wyjątkowo mocno:

Bóg powiedziawszy „światło zajaśnieje z ciemności”, zajaśniał w sercach naszych i oświecił nas poznaniem chwały Boga na Obliczu Jezusa Chrystusa. Mamy zaś ten skarb w glinianych naczyniach, aby nadmiar mocy był z Boga a nie z nas. We wszystkim trapieni, ale nie ściskani, będący w bezradności, ale nie popadający w rozpacz; ścigani, ale nie pozostawiani w tyle, obalani, ale nie gubieni …

MIEJSCE BOGA

MIEJSCE BOGA

Kiedy wywyższycie Syna Człowieczego wtedy poznacie, że JA JESTEM

hypsoo  – podnieść wysoko, wywyższyć,

– w przenośni: wynieść na pozycję godności,

honoru i szczęścia

Image by Freepik

Jakie miejsce zajmuje Bóg? On sam uniża się, pokaże to na ostatniej wieczerzy, gdy Jego Syn uklęknie u stóp człowieka, aby mu umyć nogi. Bóg nie potrzebuje naszego wywyższenia w znaczeniu nadania Mu jakiejś rangi, osobnego miejsca, czy centralnej pozycji na kanapie naszego życia, na której mógłby się wygodnie rozsiąść. On jest Bogiem wędrowców, pielgrzymów – i taki również jest Jezus, Jego Syn, Syn Człowieczy. Wybiera pozycję brata, sługi, niewolnika, obmywa brudne nogi, aby nauczyć nas bliskości i służenia, i gotowości do drogi. Tej drogi, jaką przeszedł On. Jest to droga po ludzku niemożliwa, ale każdy, kto na nią wchodzi, pociągnięty przez łaskę, zostaje uzdolniony życia, w którym jaśnieje sam Bóg. W nim jest rozpoznawany jako obecny i działający – JA JESTEM. Jednocześnie taka droga to wyjście z grzechu, który jest niewolą i kłamstwem, wejście w prawdę dającą wolność. Przechodzenie z jednej krainy do drugiej jest wymagające, czasem jest próbą, w której upadamy, ale On zawsze nas podnosi i prowadzi dalej, ponieważ jest większy od nas, większy od naszego serca, które może nas oskarżać (1J. 3,20)

Św. Paweł zafascynowany tym, jaki smak może mieć życie, upodobnione do stylu Boga, mówi: to przewyższa wszystko.

Uznaję wszystko stratą z powodu górowania poznania Chrystusa Jezusa Pana mojego, z powodu którego wszystko straciłem i uznaję za śmieci, abym zyskał Chrystusa i abym został znaleziony w Nim, nie mając mojej sprawiedliwości, tej z Prawa, ale tę z powodu wiary w Chrystusa, by poznać Go, i moc zmartwychwstania Jego, i wspólnotę cierpień Jego, nadając sobie kształt tożsamy ze śmiercią Jego, obym doszedł do powstania z martwych

NADZIEJA I WZRASTANIE

To, co jest końcem, bywa nowym początkiem

Obserwując naturę stwierdzamy, że jest w pewnej mierze prawdą to, że jesień jest końcem roku, ale jeszcze bardziej jest prawdą, że jesień jest początkiem roku.[...]

To tylko optyczne złudzenie, że drzewa i krzewy są na jesieni nagie, są bowiem usiane wszystkim tym, co się z nich na wiosnę odsłoni i rozwinie.[...]

Co nie jest gotowe teraz, nie będzie gotowe również w kwietniu. Przyszłość nie jest przed nami, ponieważ jest już tutaj w postaci kiełków; jest już wśród nas; a co nie jest wśród nas, nie będzie również w przyszłości. Nie widzimy kiełków, ponieważ są pod ziemią; nie znamy przyszłości, ponieważ jest w nas.[...]

...gdybyśmy mogli popatrzeć na to tajemne wyrajanie się przyszłości wśród nas, powiedzielibyśmy sobie z pewnością, że wielką głupotą jest nasza tęsknota i nasza nieufność, i że w końcu najlepiej być żywym człowiekiem, a mianowicie człowiekiem, który rośnie.

 Karel Capek, Rok ogrodnika

Przemiana potrzebuje nadziei

Jezus mówi w Ewangelii św. Marka, w rozdziale trzynastym, o bardzo trudnych przemianach: życia ucznia, kosmosu, doczesności w wieczność. Nie mówi, że mamy się tych przemian bać, ale właśnie wtedy możemy otwierać serce na nadzieję. Jezus zachęca do spoglądania na przyrodę i rytm jej przemian, podsuwa nam obraz gałązki figowej, która zimą jest twarda, jakby sucha i martwa, natomiast kiedy zbliża się lato, staje się mięciutka, nabrzmiewa pąkami, wypuszcza liście. Życie pozornie obumarłe płynie w niej głęboko i wytryśnie na nowo.

Co to dla nas znaczy?

Czasem wokół nas, w naszych relacjach, w naszym wnętrzu dostrzegamy przejawy martwoty. Czy to oznacza, że jesteśmy obumarli, życie skończyło się i nic już się nie wydarzy? Niekoniecznie. Najczęściej głęboko w nas śmierć zmaga się z życiem i życie okazuje się mocniejsze niż śmierć, o ile wytrwamy. O ile będziemy uważni na właściwą chwilę, gdy pojawi się szczelina w tym, co zestarzałe i utrwalone, i jakby martwe.

To może być nowa sytuacja, nowa możliwość, jakiś rodzaj sygnału, który pobudzi serce, by zaufać i zrobić jeden krok. Szczelina ujawni wówczas ukryte życie, a ono jak mały pączek, kiełek, rozwinie się w coś zupełnie nowego, ożywczego, w nowy pęd, który zakwitnie i zaowocuje dla nas.

Ale aby zrobić ten krok, uruchomić przemianę, potrzebujemy oparcia i nadziei.

Nadzieję daje nam obecność Zmartwychwstałego Jezusa. Ponieważ On przyjął zmaganie śmierci – naszej śmierci – z życiem, uczynił życie zwycięskim, pączkującym, owocującym.

Cierpliwość jest wszystkim

Świadkiem tego jest św. Paweł. Jego życie biegło w kierunku, który sam wyznaczał i w pewnym momencie się skończyło, a zaczęło nowe – życie, które otrzymał od Zmartwychwstałego Pana. Ale nie był to koniec jego przemiany. Doświadczał tajemniczego ościenia – jakiejś swojej martwoty, nędzy, i to właśnie ona uczyła go oczekiwać pełni życia i wykorzystywać tę szczelinę, którą jest słabość. Aż trzy razy prosił Pana, aby jego przemianę przyspieszył, odjął mu oścień. Ale Pan przekonał go, że potrzebuje takiej drogi. Św. Paweł mówi o tym w drugim liście do Koryntian (w rozdziale dwunastym), że ma upodobanie w słabości, z największą przyjemnością nią się chełpi. Dlatego, że oczekuje ŁASKI. To właśnie obiecał mu Zmartwychwstały Jezus: Wystarczy ci moja łaska, bo moc w bezsile dojrzewa. Ona właśnie, łaska, przemienia nas, to na nią liczymy, to w niej pokładamy nadzieję. Czasem bywa to trudne, a cierpliwość jest wszystkim, jak pisał o tym poeta.

Wzrastać jak drzewo, które nie ponagla swoich soków i stoi ufnie wśród wiosennych burz, bez obawy, że mogłoby nie nadejść lato. Przyjdzie przecież. Ale przychodzi tylko do cierpliwych, którzy istnieją tak, jakby mieli przed sobą wieczność, tak spokojnie i otwarcie. Uczę się tego co dzień, uczę się wśród bólów, którym jestem wdzięczny: cierpliwość jest wszystkim!

Rainer Maria Rilke

MALUTKA NADZIEJA

Nadzieja nie jest oczywista. Nadzieja nie przychodzi sama. Żeby mieć nadzieję, moje dziecko, trzeba być szczęśliwym, trzeba otrzymać już wcześniej, trzeba otrzymać wielką łaskę […] Nadzieja nie jest łatwa. Łatwo oddawać się rozpaczy i wielka to pokusa.

Nadzieja nie jest łatwa

Nadzieja wytryska z tego, co w nas małe, ale bardzo nasze i bardzo w nas prawdziwe.

 

W Ewangelii wg św. Jana (w rozdziale szóstym) jest taka scena, w której występuje mały chłopiec – z gr. pajdarion.

 

Św. Jan relacjonuje, że sytuacja jest trudna – liczny tłum do nakarmienia, brak środków, brak perspektyw. A Jezus oczekuje zaangażowania uczniów – wystawia ich na próbę. Andrzej zauważa małego chłopca, który dysponuje niewielką ilością chlebów i ryb. Naprawdę niewielką – cóż to jest dla tak wielu?  Ale to, co ma, jest gotowy oddać Jezusowi – i wtedy Jezus przejmuje inicjatywę i zaczyna działać. Najpierw poleca, aby apostołowie przygotowali ludzi na przyjmowanie, na ucztowanie – dosłownie: uczyńcie aby ludzie położyli się na plecach (anapeisen), czyli przyjęli pozycję jak przy stole. No ale stół wciąż jest pusty – wokół zielona trawa… Trzeba zaufania, żeby to zrobić. A wtedy Jezus przyjmuje od chłopca jego maleńkie zasoby: wziął chleb i ryby, podziękował Ojcu i rozdał leżącym, ile chcieli… to, co małe przemienił w obfitość, która nasyciła wszystkich.

 

Ten mały chłopiec to obraz nadziei. W sytuacji braku, zamkniętej perspektywy, jest trudny do zauważenia z tą swoją odrobiną. Ale ponieważ ujawnia to, co ma, i chce się podzielić – zostaje dostrzeżony i właśnie on uruchamia działanie Jezusa, który sprawia cud i nasycenie wszystkich.

 

To wszystko dzieje się w przestrzeni relacji. Przestrzeń relacji jest uprzywilejowanym miejscem ujawnienia się nadziei, która sprawia, że  życie płynie dalej, czerpiąc z tego, co małe. Nadzieja to mała dziewczynka taka sobie zwykła, jak pisał Peguy.

Malutka nadzieja kroczy między dwiema dorosłymi siostrami [wiarą i miłością]

i nikt nawet na nią nie zwraca uwagi. 

I wydaje się ludziom, że to starsze siostry 

ciągną małą za rękę.

W środku.

Między sobą.

Żeby ją przeprowadzić wyboistą drogą zbawienia.

Ślepcy nie widzą że wprost przeciwnie

To ona w środku ciągnie swe dorosłe siostry.

I że bez niej byłyby niczym.

Jak tylko dwiema starszymi już kobietami.

To ona ta malutka wprawia wszystko w ruch.

Nadzieja rozpoczyna się więc w przestrzeni relacji: naszych ludzkich relacji, dostrzegania siebie nawzajem i tego, co mamy, czym możemy się dzielić, zaczynając od tego, co małe – z gr. mikron. Właśnie to, co małe, jest przepełnione Bożym upodobaniem, jak o tym często mówi Jezus: mała chwila, małe nasionko; uczeń, który jest mały… To, co małe, jest życiodajne, ponieważ może stać się miejscem działania Jezusa, obdarowywania w nadmiarze nas oraz tych, z którymi wędrujemy przez życie. To, co małe staje się początkiem cudów – ponieważ Jezus przyjmuje od nas właśnie to, co małe, co naprawdę nasze, i co w nas prawdziwe. Ważne, abyśmy w siebie nie wątpili, abyśmy nie gardzili tym, co małe.

Trzeba mieć nadzieję w Bogu, on miał nadzieję w nas.

Trzeba zawierzyć Bogu, on zawierzył nam.

Trzeba uwierzyć w Boga, on uwierzył w nas.

Osobliwa tajemnica, najbardziej tajemnicza,

Bóg wyszedł naprzeciw.

Wszystkie uczucia, wszystkie porywy miłości jakie mamy mieć dla Boga,

Bóg miał je wszystkie dla nas, on pierwszy miał je

dla nas.

CHODZIĆ W WOLNOŚCI

CHODZIĆ W WOLNOŚCI

Wiem skąd przyszedłem i gdzie odchodzę

erchomaj – przyjść, pojawić się,

podążać za kimś, ukazać się,

być uznanym

hypago – wycofać się, oddalić się, odejść

Image by Freepik

Jezus nadaje kierunek rzeczywistości, jest to zawsze ruch z grzechu do łaski, z ciemności do światła, z hipokryzji do prawdy. Jezus daje nam takie odpowiedzi i rozwiązania, które sprawiają, że jesteśmy zdolni do wędrówki i do poszukiwań. Taki jest Jego Ojciec, który Go posłał i ku któremu chce nas pociągnąć.

Jezus uczestniczy w sądzie nad kobietą. Została pochwycona i oskarżona. Jezus mówi do oskarżających faryzeuszy: Kto z was jest bez grzechu – to znaczy: jest tu tylko połowa pary, która jest winna grzechu. Gdzie reszta? Gdzie prawda o tej sytuacji? Te pytania wprowadzają światło, które ich samych pochwyciło, skonfrontowało, ale odeszli zaczynając od starszych (J 8, 9). Jezus pozostawiony został sam i kobieta na środku będąca (J 8, 9). I to jest właściwa para: miłosierny i nędzna, Święty Bóg i grzeszna kobieta. Są na środku, są w centrum działania, miłowania, przebaczania, odrodzenia. Bóg szuka i znajduje zawsze konkretną osobę w jej sytuacji – jedynej, niepowtarzalnej i widzi ją miłując, stwarzając na nowo, uzdalniając do życia w Jego łasce. Idź i od teraz już nie grzesz (J 8, 11). Jezus stał się dla kobiety światłem życia (J 8, 12), ona przyjęła je i odchodzi w nowej wolności.

Jezus może nam odsłonić prawdę o Ojcu, o Jego świętości, ponieważ przychodzi od Niego i zna Ojca inaczej niż Mojżesz, który miał tylko Prawo otrzymane na Synaju.

Prawo weszło, aby zaobfitował występek, gdzie zaś zaobfitował grzech, aż nazbyt zaobfitowała łaska.

Prawo panuje nad człowiekiem przez jaki czas żyje… wy uśmierceni zostaliście dla Prawa poprzez ciało Chrystusa i możecie być z innym, z Tym, który zmartwychwstał.

To właśnie stało się w naszym chrzcie.

ŻYCIODAJNE SCALENIE

ŻYCIODAJNE SCALENIE

Rozdarcie więc stało się przez Niego

schizma – rozdarcie

-w przenośni: podział,

rozbieżność poglądów

Image by Freepik

Jezus jako Święty Boga (J 6, 69) nie pasuje do stworzonego systemu religijnego, nie mieści się w nim, nie wypełnia rytuału Święta Namiotów. On czyni Święto, jest gościem na nim jako oczekiwany Mesjasz.

Jezus jest posłany przez Ojca, aby być z nami, wędrować z nami, ale Jego styl bycia i wędrowania, ze względu na Jego świętość, całkowitą inność, powoduje rozdarcie. Jest to rozdarcie wewnątrz osób, gdy wiara w Jezusa zmaga się z wątpieniem. Doświadczają, że znaki, cuda, nauczanie Jezusa są godne wiary, zmieniają życie ludzi, ale jednocześnie trudno je zrozumieć, nie spełniają wszystkich oczekiwań i nie pasują do systemu religijnego. To, co wnosi Jezus, jest świeże i nowe, ma w sobie pierwotne piękno, blask Boga. Ale szata religijności jest usztywniona, pełna przyzwyczajeń, brak jej elastyczności, więc próba włączenia tej nowości powoduje rozdarcie.

Jezus to wie, gorąco pragnie uleczyć ludzkie serce i scalić je. Zapowiada dar Ducha, który wytryśnie we wnętrzu i popłynie jak woda, ogarnie i scali je.

Ale najpierw Jezus przyjmie stary obrzęd Paschy – Przejścia z niewoli do wolności. Jego Pascha, cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie będzie ostatecznym rozdarciem naszej doczesności i pomieści wszystkie nasze rozdarcia, nasz grzech. Będzie nowym przymierzem rozdartego Serca, które nas ostatecznie scali i umożliwi jedność: 

Aby wszyscy jedno byli, jak Ty, Ojcze, we mnie i ja w Tobie, aby i oni w nas byli… dałem poznać im imię Twe i dam poznać, aby miłość, którą umiłowałeś mnie w nich była i ja w nich

Tylko jako ludzie scaleni możemy budować jedność między nami i w ten sposób rodzi się Kościół – wspólnota Ducha. To największy znak obecności Boga.

Św. Paweł prosił, aby troszczyć się o tę jedność:

Zachęcam zaś was, bracia, przez imię Pana naszego Jezusa Pomazańca, abyście to samo mówili wszyscy i aby nie było w was rozłamów, abyście byli wydoskonaleni w tej samej myśli i w tym samym mniemaniu.

(...) aby nie było rozłamu w ciele, ale tak samo o siebie wzajemnie troszczyły się części ciała.

ŁASKA – BLISKOŚĆ – ŚWIĘTA MIĘKKOŚĆ

ŁASKA – BLISKOŚĆ – ŚWIĘTA MIĘKKOŚĆ

Ty jesteś Święty Boga

hagios- święta lub najświętsza rzecz,

– o ludziach, którzy zostali przeznaczeni

na własność dla Boga

Image by Freepik

W Jezusie dotyka nas świętość Boga, Jego niepojęta bliskość, ale czyni to w przestrzeni naszej wolności – daje nam tę wolność, byśmy mogli Go przyjąć takim, jakim naprawdę jest. Jego świętość nie jest na naszą miarę, ona nas przerasta, jest nie do ogarnięcia ludzkim umysłem i sercem.  Wymaga wiary, aby pójść za Nim do końca i nie wycofać się, gdy przestajemy rozumieć Jego Słowo, Jego miłość. Jesteśmy cieleśni, a Jego Słowa są duchem i życiem (J 6,63).

Ważne, abyśmy wobec samych siebie byli bardzo uczciwi, nie zatrzymywali się na powierzchownym rozumieniu Słowa i miłości Jezusa, ale wierzyli i wewnętrznie poznawali, doświadczali w sobie Jego świętości (J 6, 69). Tego, że jesteśmy grzeszni – a gdzie zaobfitował grzech, aż nazbyt zaobfitowała łaska (Rz 8, 20). Tylko łaska daje nam udział w miłości, którą jesteśmy kochani, w świętości Tego, który nas kocha. Jeśli serce przyjmuje łaskę i poddaje się, staje się miękkie, oczyszczone, rozgrzane, inaczej pozostaje twarde i swoją twardość przypisuje Słowu: twarde jest słowo to (J 6, 59). Wtedy – nawet jako wybrani, pozostaniemy oszczercą (J 6, 70), rozbijemy się jak o skałę, o twardość naszego serca.

Poprzez Pana naszego Jezusa Pomazańca, zbliżyliśmy się dzięki wierze do łaski i chwalimy się z powodu nadziei chwały Boga… i chełpimy się w utrapieniach, wiedząc, że utrapienie wytrwałość sprawia, zaś wytrwałość wypróbowanie, zaś wypróbowanie nadzieję, zaś nadzieja nie zawstydza, bo miłość Boga jest wylana w sercach naszych poprzez Ducha Świętego danego nam.

MORZA JUŻ NIE MA

MORZA JUŻ NIE MA

pexels-matthardy-1536304_Easy-Resize.com

Ziemia do której zmierzali

ge  –grunt, stały ląd,

ziemia jako miejsce,

na którym się stoi,

Image by Freepik

W życiowej przeprawie często natrafiamy w nas samych na takie miejsca, które są naznaczone napięciem, trudem istnienia, jak rozhuśtane morze w środku nocy. Jezus wprowadza nas w sytuacje lęku, zagrożenia, próby po to, aby wejść w nie, w sposób nieprzewidywalny, idąc po morzu, po jego falach, by tam właśnie dokonało się spotkanie z Nim. Mówi: Ja jestem, nie bójcie się (J. 6,20). Ucisza lęk, daje pokój, ugruntowuje życie przez swoją obecność, nawet jeśli jego powierzchnia – powierzchnia wydarzeń, odczuć, pozostaje rozhuśtana. Ugruntowuje życie w sobie – sprawia, że łódź znajduje się natychmiast przy brzegu, przy stałym lądzie. Życie otrzymuje oparcie, swoje uziemnienie w Bogu. Bóg nie umieszcza człowieka w chmurach, w oderwaniu od trudów, trosk i napięć. Takie uduchowienie nie rozwijałoby nikogo. To, co trudne jest tajemniczym pokarmem naszego wzrastania – o ile tkwimy w ziemi, w glebie, którą jest Jego obecność. To ziemia do której stale zmierzamy.

Ujrzałem niebo nowe i ziemię nową. Bowiem pierwsze niebo i pierwsza ziemia odeszły i morza już nie ma[...] Oni ludem jego będą, i On „Bogiem z nimi” będzie, ich Bóg. I zetrze wszelką łzę z oczu ich.